Strona główna | Kontakt
Poprzedni
Następny


Biuletyn Informacji Publicznej
Aktualności
W spółdzielczość trzeba wierzyć, spółdzielczość trzeba czuć
2015-04-27

Fragment wywiadu z wiceburmistrzem Aleksandrowa Kujawskiego, Jerzym Erwińskim. Cały materiał zostanie opublikowany w naszej najnowszej publikacji: Od wykluczenia do zatrudnienia. Doświadczenia projektu: PWP Od wykluczenia do zatrudnienia - adaptacja zawodowa osób w trudnej sytuacji życiowej.

Co przekonało Pana do założenia spółdzielni?

Muszę przyznać, że o spółdzielni socjalnej myślałem już od dawna. Zarówno jak o formie zatrudnienia, ale też w kontekście możliwości zlecania pewnych zadań wynikających z obowiązków gminy własnemu podmiotowi. I stworzenia dzięki temu nowych miejsc pracy. Prawda jest taka, że jako Urząd Miasta mamy niewielkie możliwości tworzenia nowych miejsc pracy. Co możemy zrobić? Zatrudnić kogoś w urzędzie? To żadne rozwiązanie. Rozmawiałem z burmistrzem, Andrzejem Cieślą i spółdzielnię socjalną uznaliśmy za najlepszy pomysł. To było jeszcze zanim pojawił się projekt.

A jak znaleźliście się w projekcie?

Szukaliśmy kogoś, kto by nam przy tej naszej spółdzielni pomógł, rozmawialiśmy z Regionalnym Ośrodek Polityki Społecznej w Toruniu. I wreszcie w 2013 roku dostałem zaproszenie na spotkanie w Przysieku. To było właśnie seminarium o ekonomii społecznej, była też mowa o projekcie, z którego można było dostać dofinansowanie na zatrudnienie pracowników w spółdzielni. Pojechałem tam razem z naszym kierownikiem Warsztatów Terapii Zajęciowej, Mieczysławem Kołodziejem. Było sporo konkretów, wiec nie czekając na jakieś dodatkowe wielkie analizy zaraz po spotkaniu zgłosiłem naszą kandydaturę. Tak się zaczęła nasza współpraca ze Stowarzyszeniem Na Rzecz Spółdzielni Socjalnych i ze Stowarzyszeniem Gineka.

I jak by ją Pan ocenił?

Nie mogę narzekać. Poznańskie Stowarzyszenie naprawdę się nami zaopiekowało. Ja miałem możliwości i zapal, wy mieliście umiejętności i wiedzę, to się tak ładnie połączyło. Pan Zbyszek odbierał wszystkie telefony i tłumaczył wszystko o co pytaliśmy. Całe to zakładanie trwało trochę dłużej niż myślałem, miałem nadzieję, że będzie szybciej, ale udało się. Wzięliśmy też udział w dwóch wizytach studyjnych we Włoszech – zarówno my, jak i nasi pracownicy. Tam zobaczyliśmy, że to rzeczywiście działa. Nasze – mam tu na myśli Polskę – tradycje spółdzielczości też długie, ale niestety zostały częściowo zapomniane.

Zapał gminy Aleksandrów, chociaż ogromny, mógł nie wystarczyć, bo spółdzielnia potrzebuje przynajmniej dwóch członków założycieli. Kto i dlaczego zdecydował się na współpracę?

Poszukiwania nie były proste. Mieliśmy oczywiście swoje typy, prowadziliśmy wstępne rozmowy z potencjalnymi partnerami. Rozmowy skomplikowały nam jednak kryteria projektowe. Okazało się, że spółdzielnię mogą założyć gminy, w których średnia podopiecznych MOPSu i GOPSu jest większa niż średnia wojewódzka. I jako miasto nie łapaliśmy się do tego. To, co w każdych innych okolicznościach jest wiadomością dobrą, niekoniecznie cieszyło nas w tym wypadku. Spółdzielnię w dalszym ciągu mogła założyć gmina, ale przyszli pracownicy nie mogli być zameldowani w mieście.

To rzeczywiście komplikacja – plan zatrudnienia swoich własnych ludzi spalił na panewce. Nie zniechęciło Was to?

Nie. Uznaliśmy, że pierwsza piątka pracowników może być spoza Aleksandrowa. I tak planowaliśmy zwiększyć zatrudnienie i kolejne osoby miały być już z miasta. I tak zresztą jest. Ale miałem mówić o partnerach.

Tak, kto ostatecznie został partnerem gminy?

Kiedy dowiedzieliśmy się o kryteriach zaczęliśmy szukać innego partnera. Doszliśmy do porozumienia z gminami Waganiec i Raciążek. Nie mówię oczywiście, że to był przypadek, bo z obiema gminami współpracowaliśmy już od lat. Obie spełniały też kryteria, w związku z czym zdecydowaliśmy, że zrobimy to w trójkę. Wszystko było już gotowe, przygotowaliśmy odpowiednie uchwały. No i okazało się, że radni gminy Raciążek nie przyjęli uchwały. I tak zostaliśmy my i Gmina Waganiec.

A czy radni Aleksandrowa mieli jakieś opory?

Oczywiście, radni mieli swoje wątpliwości. Myślę, że wynikało to wszystko głównie z nieznajomości specyfiki działalności spółdzielni socjalnej. Musiałem im wszystko wyjaśnić, pojechaliśmy też do Piły, gdzie działa Spółdzielnia Socjalna Zielona Piła, żeby mogli zobaczyć, jak to funkcjonuje w praktyce. To był bardzo udany wyjazd. Radni dowiedzieli się na czym polega działalność takiej spółdzielni, wyrobili sobie własne zdanie. Nie bez znaczenia był też fakt, że na sesji gminy podczas której miała zostać przyjęta uchwała o założeniu spółdzielni byli również obecni przedstawiciele obu stowarzyszeń, którzy na bieżąco wyjaśniali wszystkie wątpliwości.

Nie baliście się Państwo, że spółdzielnia zabierze pracę innym osobom?

Nie. Zrobiliśmy naprawdę solidna analizę rynku lokalnego i znaleźliśmy z burmistrzem oraz prezesami spółek takie zadania, żeby nie odbierać zleceń innym czy mówiąc kolokwialnie – nie wchodzić innym w paradę. Trzeba znaleźć niszę, istnieją też takie zlecenia samorządu, które są zbyt małe, żeby tradycyjna firma była nimi zainteresowana. (...)

 

Dalszy ciąg wywiadu już niedługo w naszej publikacji, która będzie dostępna w wersji elektronicznej na naszej stronie.

Partnerzy